[O mnie]
Zawsze chciałem robić coś niezwykłego.
Kiedy byłem dzieckiem zachwycałem się małymi rzeczami. Światłem odbitym w oknie, poranną rosą na mokrej łące, późnym popołudniowym cieniem wielkich rozłożystych wierzb. To były takie przebłyski czegoś co zatrzymywałem gdzieś głęboko w sobie.
Później pojawił się aparat i możliwość zamknięcia tego olśnienia na maleńkiej błonie filmowej. Pierwszy aparat od rodziców, pierwsza naświetlona samodzielnie klisza w wieczornym świetle gdzieś na nowohuckiej łące. Później dom kultury i radość z samodzielnego wykonania odbitek. Tak to były technikalia.
Nie miałem wtedy żadnej pomocy, żeby ktoś mi podpowiedział gdzie iść dalej, jaki postawić kolejny krok i co mogę zrobić, aby odkryć nowe przestrzenie. Po tym zachwycie nastąpiło odejścia od fotografii. Ale tęsknota gdzieś pozostała. Przeglądałem ukradkiem zdjęcia podziwiając, różnych mistrzów znanych i nieznanych. Nieraz drukowałem lub wycinałem zdjęcia z gazet, żeby je oglądać po wielokroć, próbując odkryć dlaczego mi się podobają.
Czasem gdzieś zabrałem jeszcze w góry ze sobą aparat, ale właściwie już nie był on tak ważny. Nie czułem, że mogę dobrze coś opowiedzieć przez zdjęcia.
Skończyłem studia pedagogiczne, ale gdzieś fotografia odeszła na bok. Ale ciekawość drugiego człowieka, jego historii została.
Było późne lato, gdzieś w Krakowie. Umówiłem się w kafejce ze znajomymi. Jadąc wstąpiłem do jakiegoś empiku, kupując magazyn fotograficzny Pozytyw. Na ostatniej stronie było ogłoszenie z naborem do prywatnej szkoły fotograficznej w Warszawie. Oczy mi się zaświeciły. Zauważyli to moi znajomi, pytając co tam tak mnie interesuje. A takie tam … zbyłem ich wykrętem. I tak mnie na to w tym momencie nie było stać. Ale oni nie dali za wygraną jak się okazało kilka dni później. Miałem się pojawić ze swoimi zdjęciami w jednej z krakowskich firm. Efekt spotkania. – Miałem jechać na egzamin, oni się zastanowią jeszcze.

Europejska Akademia Fotografii i tłum ludzi na korytarzach. A ludzie niezwykli. Moje zdjęcia jakieś chaotyczne, a inne osoby całe cykle zdjęć, projekty. Duże formaty prac, niekiedy znakomicie oprawione. Nie wyglądało to dla mnie obiecująco.
Wracam do Krakowa.
Dwa dni później telefon. Pan Zbyszek? Tak. Bardzo mi przykro, ale nie udało się. Oooo. Cóż byli ode mnie lepsi. Ale szkoda… Zbieram się żeby zadzwonić do mojego niedoszłego mecenasa. Trudne. Znów ktoś dzwoni. Nie rozpoznaje nr telefonu. Pan Zbyszek ? Tak. Oj przepraszamy, zaszło nieporozumienie. Witamy w naszej szkole! Co? Proszę?
Takie to miałem historie. Później poznałem sporo niezwykłych ludzi ze świata fotografii. Izabele Jaroszewską, Tomka Sikorę, Zbigniewa Tomaszczuka, Andrzej Zygmuntowicza, Pawła Żaka… i wielu innych To był czas inspiracji…
Później współpracowałem z agencjami reklamowymi, redakcjami prasowymi, różnymi firmami z najróżniejszych branż. I zaczęły się także pierwsze próby wchodzenia do studia fotograficznego, gdzie mogłem poznawać różne tajniki oświetlenia. Znów technikalia i praktyka na własnych błędach.
Będąc równolegle w środowisku Krakowskiego Klubu Fotograficznego Joanna Mrówka zaprosiła kilka osób na warsztaty i spotkania z mistrzami Tomkiem Tomaszewskim, Maćkiem Nabrdalikiem, Witkiem Krassowskim. Tam się zaczął kolejny etap. Myślenie obrazem, przenoszenie znaczeń, opowiadanie historii, edycja zdjęć i inny etap twórczego myślenia.

To jest historia o dojrzewaniu. To jest historia o innym patrzeniu. To jest historia kiedy trochę jak w firmie Amator kamera symbolicznie obraca się w moją stronę. Opowiadam historię o dzieciach, o miłości niepełnosprawnego chłopca i jego rodziny, o wierze, o ucieczce przed wojną, o samotności w epidemii. Ale też opowiadam trochę o sobie w tym jak patrzę, Jakie decyzję podejmuje wybierając taki, a nie inny kadr, taki a nie inny temat, właściwą kolejność zdjęć…
Portret to także wyznawanie. Kiedy staje ktoś przed obiektywem i chcesz opowiedzieć o nim jakąś prawdę, która jest ukryta w delikatnym geście, uśmiechu czy pozie. Ale to ma być cały czas ta osoba. To spotkanie pełne zaufania i empatii. Coś jest w tym, że dawniej ludzie bali się portretów, że one mogą skraść im cząstkę siebie. Ale też mogą zostawić ślad, po sobie.
